bezdroza profil facebook
strona startowa wyprawy off-road galeria zdjęć 4x4 relacje z wypraw 4x4 imprezy integracyjne porady i patenty 4x4 wyprawowa i powyprawowa ksiązka kucharska skontaktuj sie z nami

DZIENNIK PODRÓŻY UKRAINA 2011 - autorstwa Adama Sporyszkiewicza

    land rover discovery Pomysł na tę wyprawę urodził się tak naprawdę już 5 listopada 2010 roku, kiedy to pojechaliśmy trzema Dyskotekami i Nivką, którą prowadził Rafik, na kilka dni w Bieszczady. Helonowo.pl rządzi. Głównym pomysłodawcą był Igor, nie dziwiłem się bo pamiętam jak wrócił pierwszy raz z Rumunii. I ten jego zachwyt możliwościami samego auta, a o terenach już nie wspomnę. Od tego czasu, tak przynajmniej raz w tygodniu, rozmawialiśmy o tym. Ja jako totalny laik w temacie wyprawowym zadawałem często pytania co, jak i ile. Zaczęły się zbrojenia mojego Disco, cóż nie ma na co czekać bo później może być za późno na dokupowanie, modyfikowanie i kombinowanie z autem. Zaczęło się przeglądanie www i innych możliwych miejsc aby zebrać jak najwięcej informacji teoretycznych, które z czasem należałoby wprowadzać w życie. Główną i największą modyfikacją w mojej 300-tce było założenie zderzaka, no i oczywiście windy. Pogmerałem, zobaczyłem i tak fotki z jueseja zamieniły się w realny projekt (dzięki Rafik _ nikt takiego nie ma ;P).    
    naklejka wyprawowa Tygodnie mijały, a my wszyscy zaczęliśmy żyć tylko i wyłącznie tym jak będzie, czy moje dzieci zniosą trudy takiej wyprawy, jak to wszystko wygląda w realu. Dwa tygodnie wspólnej jazdy 6-ciu odmiennych charakterów + 3 dzieci to nie są żarty. Znam swoją żonę, która po kilku dniach mnie bardzo, ale to bardzo pozytywnie zaskoczyła - jej się to po prostu spodobało - ta ciągła przeprowadzka. Najczęściej po tygodniu wszystkie podziały i konflikty skutecznie rozbijają grupę, pokazując różnice charakterów jej członków. Zostawmy to na później. I tak przyszedł czas określić trasę - każdy z nas miał swoje preferencje, co do chęci zobaczenia miejsc na Ukrainie i w Rumunii. Czas pobytu określiliśmy tak jak nam pozwalały urlopy, ale to zrozumiałe. Głównym tematem była oczywiście Ukraina i to właśnie tam większość naszej trasy zaplanowaliśmy. Ostatnie modyfikacje na aucie. Wyruszając w daleką podróż najczęściej jesteśmy przekonani o tym, że auto jest dobrze przygotowane, że mechanizmy pracują poprawnie, a osłony są zamontowane pewnie i na swoim miejscu. Dzięki pomocy Rafika byłem wręcz przekonany, że fura jest gotowa na tip top przy znikomej mojej oczywiście znajomości. Ale co tam, jak nie wyruszę, to się nie przekonam. Wreszcie nadszedł ten upragniony dzień wyjazdu. Pakowanie, wyjazd z domu, spotkanie się z resztą załogi pod Motywacją. Oklejanie wozów, logo sponsora i w drogę. Uwielbiam ten stan, gdy zostawiamy za sobą pierwsze kilometry, wszystkie te myśli turlają się po głowie. Wreszcie wolny, bo robota to głupota, a zarazem lekko zaniepokojony tym, co przyniosą następne dni.    
    granica w Korczowej Dzień pierwszy i drugi. Pierwsze dwa dni spędziliśmy nad Soliną (taki był plan) i odwiedziliśmy naszego znajomego, który często przekracza granicę w tym miejscu, w którym my chcieliśmy to zrobić. Czyli wysłuchanie instrukcji jak się przekracza granicę polsko-ukraińską. W trakcie rozmów z Edziem osłupiałem jak to wszystko się odbywa, przecież to jest łapówkarstwo, nie mogłem tego znieść, no ale z drugiej strony skoro jest to powszechne to czemu nie. Cały ten układ jest jednym organizmem handlowo-przemytniczym. I na dodatek te 2 złote praktycznie wszędzie gdzie tylko zagląda celnik: do dokumentów, do bagażnika w czasie kontroli celnej kładzie się 2 zł (dwa !! polskie złote) za uśmiech celnika i bezproblemową kontrolę (my zrezygnowaliśmy z łapówkarstwa) do bagażnika może jeszcze do butów_ Po wszelkich instrukcjach co i jak, do sklepu aby rozmienić kilka dyszek, bo jak będziemy mieli pecha to warto mieć trochę polskich klepaków w portfelu. Na przejście graniczne w Krościenku podjeżdżamy w południe. Na pierwszy rzut oka pełny spokój, sznur na kilometr samochodów oczekuje w kolejce, porządek, kultura. Jednak po chwili patrzymy jak Igor podjeżdża bliżej samego szlabanu i nagle zawraca, staje, wszyscy jak te cienie podążamy za nim to chyba paraliż z tych wszystkich opowieści. Nagle przez radio informacja aby podjąć jakąś decyzję: czy zostajemy tutaj i tracimy jakieś 5 godzin, czy jedziemy na przejście w Korczowej, które oddalone jest jakieś 100 km i tam spróbujemy. Wszyscy jednogłośnie jedziemy do Korczowej.    
    ukraiński asfalt Na granicy weterynarz prosi coś _na kawku_ i za kilkadziesiąt hrywien pozwala przewieźć psa Plastra, który ma już wszelkie dokumenty, nawet jest zaczipowany. Po tych upokarzających dla obu stron procedurach, wypełnieniu deklaracji i zdobyciu trzech pieczątek, wjeżdżamy na Ukrainę. Wracając jeszcze do granicy, naprawdę trzeba uważnie słuchać co panowie w mundurkach do nas mówią i gdzie nas kierują - papierologia pełną gębą. Najpierw celnik wpuszcza za bramkę spisując na deklaracji nr rejestracyjny pojazdu, markę i ile osób w samochodzie, podaje deklarację, którą wcześniej z dziwnym uśmiechem wypełnił i kieruje do kolejki. Kolejka jak to kolejka na przejściu granicznym Polski z Ukrainą wlecze się w żółwim tempie. Wreszcie nasza kolej, podjeżdżamy do budki gdzie są okienka z celnikami. Podchodzi jeden w takim niby innym uniformie i prosi o deklarację, potem pytania gdzie, po co, a w ogóle to co mamy do oclenia i każe otworzyć bagażnik. Cóż kufer zapchany po sufit ale na nasze nieszczęście mamy szuflady_ _Otkryi je, co tam masz?_ Po oględzinach podbija deklarację i kieruje nas do wspomnianej wcześniej budki, a tam kilkanaście osób, właścicieli kilku innych samochodów, w tym czasie też odprawianych. No i stoisz z tymi wszystkimi papciochami (paszporty, karta wozu, dowód rejestracyjny, zielona karta i deklaracja). Wreszcie nasza kolej. Pytanie po ukraińsku - ty sam? Przecież tu jest napisane że 4 osoby! Moje zdziwienie i łapię w mig o co chodzi, wołam całą rodzinę pod okienko. Chłop kręci głową i mówi oj Poliaki, Poliaki. Zaczyna ociężale wklepywać nasze dane i kolejny zonk bo ma problem z odczytaniem nazwiska więc ochoczo aby to jakoś przyspieszyć przeliterowuję mu każdą literkę mojego nazwiska i tak ze wszystkimi członkami mojej rodziny a że Zosia mała jeszcze jest (4lata) patrzy na fotkę, wychyla się z okienka i jej szuka po czym każe podnieść dziewczynę do zweryfikowania prawdy z fotografią. Udaje się, wreszcie pieczętuje deklarację i woła następnych. Ze zdziwieniem że tak łatwo poszło ładujemy się do wozów i w drogę przygodo. Robiliśmy to pierwszy raz i z rozpędu wyjeżdżamy a tu nagle okazuje się że tu kolejny szlaban gdzie żołnierzyk woła od nas deklarację, więc ją oddajemy. Ogląda ją i ze skrzywioną miną, ciętym głosem każe nam zawrócić po kolejną pieczątkę z drugiego okienka - no załamka, chyba nie uda nam się dzisiaj przekroczyć tej granicy. Wracamy do drugiego okienka, a tam znowu tekst oj Poliaki, Poliaki, ale już z uśmiechem. W drugim okienku celnik robi to samo, co celnik w pierwszym, czyli weryfikuje prawdę z dokumentów z tym co ma w komputerze. Bije kolejną pieczątkę i oddaje dokumenty. No teraz to już chyba mamy komplet pieczątek na deklaracji i paszportach. Podjazd do miejsca z którego nas zawrócono, oddajemy deklarację i Ukraina jest u naszych stóp. Zaraz za granicą oczywiście stacja benzynowa co by płyny uzupełnić na dalszą część podróży i zweryfikować prawdę czy aby rzeczywiście ON jest tak tanie - ku naszemu zdziwieni jest taniej - poproszę do pełna. Jeszcze kartę z ukraińskim nr telefonu, co by do rodziny zadzwonić, że to już tak, jesteśmy na Ukrainie. Po przejechaniu pasa granicznego ok. 2 km okazuje się że droga jest tak dziurawa jak ser szwajcarski, jakiej nawet w Polsce nie spotkasz. Poza tym normalnie tylko jakoś pogoda nas nie rozpieszcza. W Polsce padało przez dwa dni a tu jest nie lepiej, wakacje ledwo co rozpoczęte, niestety w niepogodzie, ale co tam przecież pewnie się zmieni, końcu to wakacje i z uśmiechem na twarzach ruszamy w kierunku Lwowa.    
    przejazd kolejowy Kolejne km po coraz to większych dziurach na drodze niby asfaltowej, wielkie zdziwienie bo to droga na Lwów ale co tam, fury przygotowane na takie niedogodności, a my przecież jedziemy ku przygodzie w terenie. Wyznaczona trasa to kierunek do hotelu przed Lwowem, aby pozostawić tam nasze fury i kolejny dzień aby pojeździć komunikacją miejską a nie motać się naszymi kioskami po nieznanym, zatłoczonym terenie. Na trasie kolejne zdziwienie przy przejeździe kolejowym który wygląda identycznie jak te, które wcześniej mijaliśmy. Różowy domek z ogrodzeniem w kutym stylu z białymi wykończeniami wyglądał dość komicznie. Nie mogłem się powstrzymać i musiałem sfotografować ten kicz. Hotel o nazwie Kniaziowy Dwór można było dostrzec już z odległości kilometra. Prezentował się naprawdę zaje....ście, wszyscy strasznie podekscytowani nazwą i wyglądem. Wjeżdżamy na parking, wyładunek i ruszamy w poszukiwaniu recepcji. Mijają kolejne minuty, a recepcji jak nie było, tak nie ma. Wpadamy do restauracji przy tej budowli i dowiadujemy się, że to faktycznie Kniaziowy Dwór, ale noclegu tu nie znajdziemy, a za to możemy skosztować tutejszej kuchni. Po zobaczeniu jakie plaskacze tam zaparkowały i kierując się wyglądem samej knajpy decydujemy, że po prostu na ten lokal nas nie stać. Odwrót, szybka kanapka z przygotowanymi w domu konfiturami.    
    kniaziowy dwór Dzieciaki uradowane kanapkami zrobionymi na kolanie, no to w drogę, żegnamy Kniaziowy Dwór i zaczynamy poszukiwania na nowo. Kontrola drogi na garminie w poszukiwaniu jakiegoś hotelu na naszej drodze. Postanowiliśmy oczywiście szukać dalej, czyli bliżej samego celu. Po 20 km spotykamy parę Polaków którzy heroicznie pchają swój środek lokomocji, czyli Tico. Nie zastanawiając się zatrzymujemy się, aby pomóc Okazuje się, że facet zabrał żonę na wycieczkę, ale brak u niego w wozie jakichkolwiek kluczy. Oglądamy, wysłuchujemy co się stało, diagnoza - akumulator. Maska w górę, a tu klemy są zasrane, więc szybkie czyszczenie, pierwsza próba i samochód odpala. Chłop dziękuje, a my zadowoleni, że niby żadni z nas mechanicy, a potrafiliśmy pomóc. Miejmy nadzieję, że my nie będziemy mieli takich przygód, co później okazało się błędnym myśleniem. Niestety czas jest nieubłagany, a noclegu jak nie było, tak nie ma. Cóż, jak nic nie znajdziemy, to pod chmurką, bo jesteśmy do tego przygotowani. A tu nagle zauważamy reklamę pierwszą na naszej drodze, że za 500 m hotel Słonecznikowy. Hihi, nazwa dość śmieszna, ale co tam. Dojeżdżamy. Rekonesans dwóch osób. które po wypalenia przeze mnie papierosa wracają z rogalami na twarzach - byliśmy w pokojach i są na wypasie, do tego ceny przystępne. Decyzja całej grupy _ zostajemy, a do Lwowa mamy tylko 20 km i można dojechać marszrutką (bus-autobus) za jedyne 2 hrywny. Wszyscy uradowani że wezmą prysznic, posilą się w cywilizowanych warunkach i porządnie wyśpią. Rejestracja i umawiamy się na kolację w knajpie za ok 1h, a już się ściemniało. Hotel okazał się 3 gwiazdkowy, a kabiny prysznicowe miały radio, które rozregulowały nasze dzieci ale co tam, wreszcie coś zjemy po ukraińsku. Po tych wszystkich higienicznych zabiegach i wskoczeniu w suche ciuchy, bo pogoda do tej pory nas nie rozpieszczała, schodzimy do restauracji. Karty w dłoń, na pierwszy ogień jak tradycja nakazuje. Kelner podaje browar, my już wyluzowani zaczynamy zamawiać z menu. Nagle okazuje się, że kelner nam już nic nie poda, bo jest godzina 21.45, a kuchnia pracuje do 22.00 i może nam podać tylko zimną płytę. No załamka jakaś :(    
    kufel Stargorod Lwów Cóż, najwidoczniej dzisiaj nie dane nam jest skosztować kuchni, o której się naczytaliśmy. Podchodzimy do recepcji, wszyscy rozdrażnieni, bo jak Polak głodny to zły i pytamy Pięknej Pani - gdzie można coś zjeść? Piękna Pani na to, że w tej okolicy to już nigdzie - buahahahahahaha - jedynie to tylko we Lwowie oddalonym jak już napisałem 20 km. A jak tam dojechać o tej godzinie? Jak to jak? Taksówką. Wow, a ile to może nas kosztować? Piękna Pani nie wie, ale o kosztach to możemy się dogadać z kierowcą, a jak chcemy to ona po takich taksówkarzy zadzwoni. Przerażenie na twarzach wszystkich, no jak to taksówką w zupełnie nieznanym miejscu, ale co tam niech dzwoni. Przecież jest nas 6 osób + 3ka dzieci. Wychodzimy na drogę, podjeżdżają dwa lanosy z napisem taxi. Krótka gadka i okazuje się, że nas zawiozą do super restauracji, że na pewno nie pożałujemy, a transport w jedna stronę będzie nas kosztował jedyne 100 hrywien od samochodu. Taksówkarz tak zachwalał, że ulegliśmy tym wywodom. Wylądowaliśmy na starym mieście we Lwowie w restauracji Stargorod. Okazało się też, że taksówkarz się dogadał z obsługą, że jak skończymy to żeby po nich zadzwonili to nas zabiorą z powrotem do hotelu. Żyć nie umierać. POLECAM wszystkim, którzy będą szukali strawy na tym terenie. Super obsługa, super jedzenie, super tanio - jak to na Ukrainie. Wypas to mało powiedziane. Nie żałuję ani jednej hrywny tam wydanej. W Polsce brak takich knajp, a jak są to trzeba mieć portfel ze skóry krokodyla. Poczuliśmy się tam tak, jak Anglicy przylatujący na weekend do Krakowa.    
    panorama Lwowa Nie tak to wszystko planowaliśmy ale wyszło SUPER, powrót grubo po drugiej w nocy, nawet dzieciaki nie jęczały - przecież podostawały po gadżetach w restauracji. Powrót do hotelu, bo trzeba się w końcu wyspać, a jutro czeka nas zwiedzanie Lwowa nie z perspektywy knajpy. Rano pobudka, wreszcie słoneczko przyświeca. Ładujemy się do marszrutki, 2 hrywny od łebka i już jedziemy tym czymś, co w Polsce nie przeszłoby badań technicznych - tak, tak. Wszystko stuka, puka_ Cud, że się nie rozleci. Kierunek stary rynek. Dowiedzieliśmy się w hotelu jakimi nr mamy się poruszać. Jakoś dojeżdżamy do miejsca pierwszego punktu z przewodnika. W międzyczasie lwia część podróżujących odwiedza kantor. Wszystkim którzy mają zamiar odwiedzić Ukrainę nie polecam kupować hrywien w Polsce. Jedynym słusznym miejscem jest granica i tamtejszy kantor lub już na miejscu próbować go znaleźć. Nie ma z tym większego problemu, bo nawet znajdziecie takowy w butiku, na rogu w księgarni itd. Właściwie na każdym kroku - mówiąc o Lwowie oczywiście. Jeśli nie macie zamiaru odwiedzać cywilizacji, a tylko interesuje was teren, to wymiana tylko na granicy. My kupowaliśmy w Częstochowie po 0,46zł, a na granicy były po 0,38zł, natomiast we Lwowie znaleźliśmy po 0,36zł. Różnica znaczna. Niestety pogoda nas nie rozpieszczała, ale do tego już się przyzwyczailiśmy. Odwiedziliśmy kilka interesujących nas miejsc wraz z Zamkiem Wysokim, na który wchodziło się po jakichś metalowych schodach, a na koniec okazało się, że nie ma tam tego czego można by się spodziewać po nazwie, natomiast jest punkt widokowy na cały Lwów. Generalnie nie polecam, ale... Miasto to ogólnie padaczka, wszędzie brudno, ulice to kocie łby, a wizerunek to jak Kraków sprzed 30 lat. No niestety nie zachwycił nas ten Lwów. Na pewno gdybyśmy mieli więcej czasu, jakieś 2 dni, na pewno zobaczylibyśmy więcej. Może tak piszę, bo kropił cały czas deszczyk, a myśmy tak naprawdę jechali na wyprawę offroadową, a nie na zwiedzanie miasta. Co tam. Lwów zaliczony. Miasto, do którego na bank wrócę już wkrótce i pewnie zobaczę z innej perspektywy.    
    Ził na gaz Po kilku godzinach zwiedzania na piechotkę tego miasta wróciliśmy po samochody i wreszcie kierunek jedyny słuszny - połoniny, Bieszczady ukraińskie, Gorgany, Karpaty. Było już późno, bo ze Lwowa wyjechaliśmy ok. godz. 18.00., a do miejsca noclegu mieliśmy rypnąć jakieś 200 km. Plan to plan, ruszamy. Oczywiście nie obyło się bez zgubienia drogi, bo jednak na nuvi nie można jedynie polegać, hehe po prostu o kilka zakrętów nie w tę stronę co trzeba i zagubienie gotowe. Mapy (polecam te ukraińskie - są naprawdę dokładne i odzwierciedlają rzeczywistość) w ruch, odnajdowanie trasy. Kierunek odnaleziony, więc w drogę. Na tapecie Tustan - wzgórze z zamkiem. Drogi na Ukrainie są w fatalnym stanie, jak wjedziesz na coś, co by u nas nazywało się asfaltem szybko marzysz o szutrach, a jak jedziesz w nocy to masz dodatkowe doznania i obracasz się kontrolując, na którą stronę odbiła się np. głowa mojej córki i czy zaraz nie przywali w szybę. Dodatkową atrakcją są pozorne remonty jakiejś części drogi, powiedzmy asfaltowej. Mianowicie każda dziura np. na środku drogi jest oznaczona wbitą gałęzią z krzaka, który rośnie nieopodal w ilości 3szt. no i obowiązkowo obwinięte są taśmą biało-czerwoną, która już dawno temu wyblakła. No ale plan jest plan. Wreszcie zajeżdżamy na miejsce, hmmm_ Zamku nie ma, bo go po prostu nie było widać. Cóż, noc przecież. W amoku, w którym myśli się już tylko o wpuszczeniu powietrza do materaca i legnięciu zmęczonego ciała, wyładowujemy się z aut (dzieci śpią). Zaczęło mżyć, godz. Ok. 3 w nocy ichniego czasu. Dla tych co nie wiedzą Ukraina leży w innej strefie czasowej. Każdy na siłę próbował znaleźć skrawek równego terenu pod namioty - 4 szt., do tego jeszcze dyskoteki. Wylądowaliśmy koło jakiegoś bazaru, wiatki pobudowane, jakby stragany, wszędzie ogrodzenia. Nagle napotykamy na bramę, która prowadzi na zamek Tristan _ hurraaa!!! Jednak trafiliśmy, no dobra ale nadal brak miejsca na nocleg. Odszedłem kawałek dalej od tablicy i znalazłem miejsce w takim dziwnym kamiennym kręgu, który dodatkowo był otoczony palami. Po krótkiej eksploracji terenu natknąłem się na konia na biegunach i piaskownicę - puszczam hasło: Mam nocleg! Wszyscy z euforią podbiegają i oceniają: jest spoko - wjeżdżamy i się rozkładamy! Akcja w strugach deszczu trwała kilka minut, obóz rozbity, dzieci w śpiworach, czas na dorosłych. Iść spać hmmm nie... trzeba rozpalić ognisko. W międzyczasie przestał padać deszcz. Wybraliśmy jedną w z wielu wiatek na nasz przyczółek, obok którego rozpaliliśmy ognisko. Dziewczyny szybko przygotowały przekąski, my zorganizowaliśmy ognisko i napitek. Impreza gotowa! Wystarczy już doznań na ten wieczór. Idziemy spać, jutro też jest dzień.

Zamek Tustan Ok godz. 8 obudziło mnie jakieś stukanie, jakieś rozmowy ale to nie były głosy naszych kompanów podróży. Po pewnym czasie rozmowy przerodziły się w krzyki, które się dziwnie zbliżały_ Pomyślałem, że jeszcze jestem zbombardowany i głowa w śpiwór. Nagle budzi mnie Justyna i każe szybko wstawać i pakować wszystko. Ja pitolę, o co chodzi, co się dzieje? Wytarabaniłem się z namiotu lekko chwiejącym krokiem. Wielkie zdziwienie, miejsce urokliwe - jak z baśni, ale zaraz, zaraz_ Tutaj miał być zamek, a widać same skały. Pierwsze moje wrażenie było takie, że woda życia musiała być bardzo mocna, bo ja mam omamy. Słońce świeci, no normalnie lato, nawet deszcz nie pada, wow! Po chwili dotarło do mnie co to za stuki, rozmowy i wrzaski. Okazało się, że rozbiliśmy namioty w miejscu, gdzie był kiedyś cmentarz, a dla pobliskich mieszkańców jest to miejsce bardzo ważne - pamiętne. A tu co, Poljaki przyjechały, wtarabaniły się czołgami i zbezcześcili miejsce. Cała ta sytuacja postawiła mnie na nogi w momencie, nie chciało mi się gadać z milicją, więc grzecznie zaczęliśmy się pakować i przede wszystkim uprzątnęliśmy zbezczeszczone miejsce. No ale mieliśmy zwiedzać zamek?! Cóż, zjedziemy do wioski, zjemy śniadanie na spokojnie i wrócimy pozwiedzać ten zamek bez zamku.

Zjechaliśmy do wioski pod górą z zamkiem Tustan. Zatrzymaliśmy się przy sklepie, fajne ławeczki i stół więc nie trza całego szpeju znowu rozkładać. Jak zwykle poranna krzątanina, szykowanie dzieciom kanapek, jakaś herbata, kawa. Jak już mamy pod nosem sklep to trzeba odwiedzić i kupić jakiś ukraiński wyrób. Oczywiście przy sklepie byliśmy atrakcją turystyczną, ale dobra, na zakupy. Ładuję się do środka. Z zewnątrz jeszcze ujdzie, ale w środku to barak na świnie_ I ten smród_ No dobra, pewnie tu tak jest, atak na pieczywko, które chyba wykupiliśmy dla całej wioski, papieroski itp. Polecam ichnią chałkę - powala na kolana, smakiem oczywiście, a konfitury własnoręcznie zrobione z tą chałką to miazga. Do tego kawka i jesteśmy w pięć minut w raju. W międzyczasie zaczęliśmy jednać się z autochtonami, którym odpaliliśmy po piwku i fajeczce, bo to poczciwe ludzie, naprawdę na wsiach są bardzo serdeczni mieszkańcy. Po śniadaniu decyzją wszystkich wracamy na zamek, aby go oczywiście zwiedzić, a to będzie dobry czas, bo pewnie emocje na górze już opadły i nie będą krzyczeć, że rozkopaliśmy cmentarz. Elegancko spakowaliśmy się. Dzieciaki jeszcze jakieś ostatnie zakupy w baraku zrobiły i w drogę - zdobywamy Tustan.

Ha! Podjazd pod zamek, jak to bywa na Ukrainie, szutrowy bez większych kolein. Poza tym tereny, które odwiedzaliśmy przez najbliższe dni to Narodowy Park Beskidów Skolskich i znajduje się w bliskiej odległości od miasta Urycz.

Tajemnica z nocy i rana nagle ukazuje swoje piękno. Ano ten cały zamek, którego nie ma, to w dawnych czasach zamek drewniany, zbudowany na skale. Wszystko ładnie zachowane, jest elegancko, nawet pogoda się utrzymuje, co dla nas jest super omenem na następne dni. Niestety w namiotach robi się wilgotno, dlatego zaczynamy je suszyć w każdym możliwym miejscu. Quechua rozkłada się w 2 sekundy i składa się równie szybko. Wszystko suche, więc zbieramy się i ruszamy. Kolejnym przystankiem ma być rafting tunelowy na rzece Stryj, potem bród i dalej w kierunku Sławska i upragnionych połonin

mały wodospad Kolejne kilometry to penetracja wiosek w dolinie rzeki Stryj i jazda w kierunku naszego raftingu. Rzeka szeroka, już na pierwszy rzut oka wydawała się głęboka i z silnym nurtem. W momencie naszego zejścia z mostu lub czegoś, co to mogło przypominać i udania się do aut w celu pokonania dalszych kilosów, okazało się że miejscowi przeprowadzają przez nią krowy na pastwiska po drugiej stronie. Takie to na mnie wrażenie zrobiło, że zapomniałem pstryknąć fotki. Przez radio śmiechy, skoro krowy ją przechodzą to tym bardziej fury sobie poradzą. Opuszczamy drogę w wiosce i zjeżdżamy na rozlewiska. Krajobrazy przepiękne, roślinność zupełnie inna niż spotykana na co dzień. Ku naszemu zdziwieniu droga elegancka jak na Ukrainę czyli szuter, dziury i w nich kałuże.

Po przejechaniu jakichś 30 km wzdłuż rzeki, w poszukiwaniach tego naszego raftingu, wyłoniła się dziwna budowla - niczym nie z tego świata. Wielkość wieżowca. W późniejszej podróży okazało się to częścią tamy, którą w tym rejonie wymyślił sobie Stalin. Przywiózł w tym celu dwa miasta ludzi i kazał budować. Koszty tego typu budowli są ogromne, a ta która stanęła na naszej drodze jest jedyną wybudowaną częścią z dwoma śluzami. Dowiedzieliśmy się, że koszt tej części pochłonął 38 baniek zielonych na tamte czasy.

W tym czasie garminy zaczęły pokazywać, że jedyną drogą jest bród, przez stryj. Hmmm_ Rzeka dość szeroka, krowy dają radę, więc musimy spróbować. Decyzja o rekonesansie padła bardzo szybki. Kto ma kalosze? No ja! Gumy na nogi i w drogę. Pamiętam jak się zdziwiłem. Pierwsze metry były spokojne, drobne kamyki, nurt taki sobie. Po kilku metrach kaloszki okazały się psu na budę. Łaaaaaa! Tu potrzebne są wodery, których oczywiście nikt nie miał. Zamiast na początku wskoczyć tylko w kąpielówki i sandały, to ja na żywioł jak jakiś młokos. To przejście było zupełnie nie przemyślane. Co tam. Idę. W połowie drogi okazało się, że pod nogami mam konkretne głazy, dość śliskie, a nurt zaczyna napierać na nogi, które zaczęły się ślizgać na otoczakach. Doszedłem do przeciwległego brzegu. Wreszcie suche, pierwsza próba zdjęcia kaloszy na drugim brzegu okazała się niemożliwa - skubane się zassały. Lekko umęczony, zapalę sobie i wracam. Droga powrotna była gorsza. Efekt był taki że byłem cały mokry, ale co tam wakacje, piękna pogoda, temp. ok 25 C.

Po dotarciu do samochodów zacząłem walczyć z gumiakami, śmiechu było co nie miara, pomoc kompanów i jakoś poszło. No ale trzeba podjąć jakąś decyzję, albo atakujemy wodę albo tracimy jakieś 40 km i wracamy. Było już ok. godz. 15.00. Bardzo chcieliśmy przejechać tę rzekę, na szczęście nasze zapały ostudziła sama rzeka i nasze białogłowy, które powtarzały _ pamiętajcie, są z nami dzieci. Przetłumaczyliśmy sobie to tak, że Nivka nie da rady i musimy wrócić. Więc szybka zmiana planów i szukamy już noclegu. To była ta część naszej transy, zupełny spontan, która okazała się naprawdę widokowa, bo trafiliśmy pod wodospad, pod którym było już paru biwakowiczów z fioletowym Defem na angolskich numerach z kierowcą pokroju naszego prezesa.

No cóż, jak już Gori wspomniał o penetracji drogi, to trzeba ją pokazać.

Ukraina - dorzecze rzeki Stryj Odcinek, który przebyliśmy okazał się mocno adrenalinowy (film tego nie ukaże), do tego straciliśmy zasięg CB. Wcześniej słyszeliśmy pytania: Już wracacie? Znaleźliście fajniejsze miejsce? Hmmm_ Nie znaleźliśmy, ale też jest fajnie, a do tego nie mamy jak zawrócić. Po kilku kilosach znaleźliśmy kawałek wgłębienia drogi, gdzie była szansa na odwrót (na osiem razy) Uff. Udało się. Z tej euforii i zachwytu nagrałem tylko powrót.

Jura to jest fajny koleś, tak jak my często eksploruje off-drogi u siebie, a powiem Wam, że ma gdzie jeździć. Spotkanie z Jurą było najśmieszniejszą przygodą w kontaktach towarzyskich na Ukrainie. Dlaczego..? Ano dlatego, że Jura został wzięty w swojej nivce za śledzący nas patrol Panów w mundurach.
Zaczeło się tak:
- Słuchajcie, od jakichś 20 min jedzie za nami nivka z miśkami!
- To zwalniamy i przy najbliższej okazji robimy postój.
Słyszę przez CB:
- Cały czas jadą za nami?
- Tak!

Po zlokalizowaniu kawałka parkingu - pobocza robimy postój. Obserwujemy jak nivka zbliża się do nas, my roześmiani i przyjemni. Okazuje się, że przed nami staje nivka, tylko że zmotana z własnoręcznie wykonanym snorkelem, zderzakiem, bagażnikiem i pomalowana w maskowanie wojskowe. No ekstra - ukraiński off-roadowiec wraz z żoną, którzy jak później się okazało, wyjechali sobie na weekend poskakać po górkach. Od słowa do słowa zgadaliśmy się z Jurą, który jedzie w tym samym kierunku co my i pokaże nam kilka fajnych miejsc, a przy okazji poszuka sobie z żoną noclegu. I nam też znalazł biwak u prywatnego gospodarza na poletku. Było cudownie, ale wracając do Jury, poprowadził nas na Przełęcz Beskid (pogranicze) w kierunku połonin. Słuchajcie, szacun dla Jury za to co on robił tym swoim samochodem.

Drogi tylko off, dużo kolein, troszkę błota, no i pogoda - wreszcie się do nas szczęście uśmiechnęło i nie jest mokro. Dzieciaki uradowane, bo jak my się wyciągaliśmy moja Zosia znalazła sobie świetną zabawę w koleinie, a chłopaki jak to chłopaki zawsze znajdują sobie coś do roboty, a my dalej winda - zabawa przednia.

Dojechaliśmy do przełęczy Beskid _ wodospady. Tam gdzie mieliśmy nocować niestety okazało się, że wszystkie miejsca na namiot są pozajmowane. Od razu narada co robimy - wraz z Jurą ma się rozumieć. Decyzja zapadła - idziemy zobaczyć wodospady, a później się zastanowimy. Cała brygada przyklasnęła. No i miała do czego klaskać.

Niby woda, ale po kamieniach. Tak nas to wszystko zafascynowało, że nagle zaczęło się ściemniać. Do aut i wracamy do wioski w poszukiwaniu dla Jury i Halinki noclegu. Wyjazd na asfalt, przejechaliśmy może 5 km - pierwsza przy drodze w wiosce tabliczka z pokojami. Jura poszedł zasięgnąć informacji. Okazało się, że bardzo tanio sobie załatwił kwaterkę u gospodarza, a dla nas załatwił małe poletko na biwak - poezja. Wieczór zakończył się ogniskiem i totalnym zbombardowaniem. Owa gospodyni, żona gospodarza, który nas przyjął na swoje hektary, przyniosła nam świeże mleko, ser no i oczywiście samogon, na którego trzeba uważać, bo robi to po co został stworzony. Przy ognisku oczywiście polsko-ukraińskie rozmowy. Powiem Wam, że wiele się od nich dowiedzieliśmy, taka tajemna wiedza. Umówiliśmy się, że zaraz po śniadaniu atakujemy połoniny. Cóż, może być ciężko po tak mocnym wieczorze. Byliśmy w błędzie. Rano, o dziwo, jak nigdy obudził mnie dzwonek. Ale taki prawdziwy, krowi, wiszący na szyi Wygramoliłem się z namiotu, a tu gospodyni przegania stadko między naszymi namiotami. No nie, ale folklor. Szybkie śniadanko, jajeczniczka obowiązkowo ze świeżych jaj, które dziewczyny zamówiły u pani gospodyni. Biały ser, świeży, mleczko i inne specjały biwakowego menu. Jura z Halinką gotowi i zapraszają nas na przejażdżkę po połoninach. Ależ wszyscy byli podekscytowani, wysokość tego szczytu też robi swoje. Od razu myśli, że jak to samochodem na górę? Na samej górze było sporo adrenaliny po wjechaniu, praktycznie byliśmy w niebie

Na filmie widoki z połonin pasma Borżawa z najwyższym punktem 1681m n.p.m. adrenalina rosła z każdym pokonanym metrem. Link do filmiku _ wjazd na połoninę. Nigdy wcześniej w życiu nie myślałem, że doczekam takiej chwili. Widoki zapierające dech w piersiach, trawka, jagodziny, chmury na wyciągniecie ręki i my do tego wjechaliśmy tam samochodami. Do tego to ciśnienie! Cóż, podniosło się znacznie, co było przyczyną odwrotu. teraz czeka nas zjazd. Tak jak miałem strach na wjeździe, to co będzie się działo jak będziemy zjeżdżać? Było kilka miejsc dość niebezpiecznych, ale co tam - innej drogi powrotnej nie ma. Decyzją całej grupy wraz z Jurą zjeżdżamy do ośrodka Magura. Faktycznie, kilka zakrętów na tej off-drodze przyprawiało o zawrót głowy, myśli plątały się po łepetynie, że jak coś pójdzie nie tak, to jak z tego wyjdziemy? Tutaj dojeżdżają tylko ziły zbieraczy jagód i łady samary.

Udało się, zjechaliśmy bez szwanku. Wspomnienia zostaną do końca. W Podobowcu, u podnóża połoniny Borżawa, dogadujemy się z właścicielami lub opiekunami ośrodka Magura, co do możliwości noclegu pod chmurką. Panowie są bardzo uprzejmi, wskazują nam miejsce na uskoku stoku, gdzie stoi domek z wiatką - tam możecie się rozbić. W międzyczasie oprowadzają nas po ośrodku i pokazują to i owo. Okazuje się, że oprócz super pokoi do wynajęcia mają wszystko czego skołatana adrenaliną dusza potrzebuje. Czyli możemy skorzystać z basenu, sauny, prysznica. Rany - jesteśmy w niebie. Ostatnie spotkanie z ukraińskim off-roaderem Jurą i jego żoną, wymiana kontaktów i pożegnanie. Ukraińcy to fajni ludzie, a jak już bawią się w off to tylko wisienki na torcie brakuje. Jura pozdrowienia ze świętego miasta.

obóz wyprawa 4x4Ale do rzeczy... Fakt, miejsce na namioty troszkę słabe, bo z górki, ale jakoś je rozstawiamy w kierunku uskoku co by z rańca napawać się krajobrazem. Eee, raczej żeby nogami w dół lecieć a nie głową. Upsss_ Zapomniałem o opowieści z barszczem ukraińskim. Mianowicie przed wjechaniem na połoniny umówiliśmy się z gospodynią, u której spaliśmy dzień wcześniej - bo to niedaleko, że ugotuje nam barszczyku i zrobi pierogi. Po zjechaniu z Borżawy zaczęliśmy się krzątać po polance, na której mieliśmy spać, czyli taka sielanka z robotą - dzień jak co dzień. Browarki, dziewczyny już zalały arbuza, który czekał na wieczór. Rozplanowaliśmy zadania, część jedzie autem po jadło, a część przygotowuje biwak. I tak też się stało.

Co do opowieści o barszczyku to Igor powinien to opisać, bo był przy tym. W każdym razie pamiętajcie, że jeśli dogadujecie się z ukraińską gospodynią czy gospodarzem to najlepiej na kartce zapisać lub na dyktafon nagrać, bo potem możecie być rozczarowani tak jak my w tym przypadku. No cóż, jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Wiadomym jest, że nasi wschodni sąsiedzi biorą nas często za bogaczy i kombinują jakby zarobić ile się da. Ok, barszcz dojechał z pierogami i nawet smaczny był _ oj, aleśmy się nawściekali przy jego konsumpcji, że jak można tak oszukiwać. No ale było, minęło, kolejny skill na wyprawie. Nagle Igor informuje, że podczas podjazdu ze wsi do miejsca biwaku cosik mu fura szwankowała i aby zdążyć przed sauną i biwakową balangą należałoby zaglądnąć pod maskę. Niestety miał rację - pierwsza awaria, na pierwszy rzut oka wyglądała bardzo groźnie, bo para wyfrunęła spod korka od chłodzenia na pompie wody. On był plastikowy i nie wytrzymał takich ciśnień i wysokości. Ha! Jesteśmy dwiema takimi samymi furami więc można porównać. Werdykt - no tak u mnie jest mosiężny taki nypel hydrauliczny wkręcony na pakuły, a u Igora plastik, który podczas dokręcania się ułamał. No i masakra. Bierzemy się do reanimacji i w obłędzie poszukujemy podobnej śruby, byliśmy bliscy odkręcić co popadnie, byleby pasowała. Ale zaraz, zaraz. Przecież opiekunowie ośrodka to git chłopaki, więc może cosik takiego dopasują, do tego jeżdżą LR 200tką. Szybka rozmowa o co chodzi, facet poleciał do magazynka i eureka! Ma dwa podobne, nawet pakuły przyniósł wraz z kluczem. Pierwsza przymiarka - pasuje, zwycięstwo. No to do roboty, wkręcamy, pierwsze odpalenie _ hura! Działa!

Tego popołudnia zawisło jakieś fatum nad Igorową landryną, juz nie pamiętam w jakich okolicznościach to się stało, ale fakt jest faktem tym razem złamała się prowadnica od podnoszenia szyby po stronie kierowcy. Hmmm, słabo tak zostawić auto z otwartym oknem z dala od domu rodzinnego, jeszcze by się okazało że rano się budzimy, a tu 300tki nie ma. Już posileni (chyba) zabieramy się za demontowanie poszycia przednich drzwi, wszystko ładnie się demontuje i wreszcie docieramy do prowadnicy - pęknięta. Uradowany widokiem i możliwością pomocy oznajmiam wszystkim reanimującym, że wystarczy wywiercić otworek, skręcić śrubą i będzie git. Jak się na mnie wszyscy spojrzeli - no głupi jakiś, a skąd ja ci wezmę teraz wiertarkę, nie wspominając o wiertle. No jak to skąd, przecież pakowałem do skrzyni wkrętarkę. Zasuwam jak oszalały do mojej gabloty, wywalam wszystko ze skrzyni, aby się dokopać do instrumentu - nagle oblewa mnie pot i zaczynam się zastanawiać - nie ma? Zawołuję:
- Kochanie? Gdzie jest wkrętarka którą pakowałem?
- Co?! Jaka wkrętarka?! Porąbało Cię? Przecież ostatnio widziałam ją w przedpokoju.
- Aha, w przedpokoju mówisz?
Znaczy miałem ją zapakować i tylko o tym pomyślałem Już wtedy wiedziałem, że się wygłupiłem, no ale jakoś to trzeba naprawić. Co trzy głowy to nie jedna. Ustaliliśmy, że na resztę wyprawy Igor musi zrezygnować z opuszczania szyby - ma przecież klimę. Zabraliśmy się do naprawy - dwa drewniane kołki pod szybę, poprzeczka między kołkami, żeby się nie rozchodziły i jakoś to będzie. Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy - szyba zablokowana. Dzień niekończących się przygód. Wszystko zreperowane, obiad zjedzony. Najpierw na saunę, pierwsze kobitki z dziećmi, potem my. Teraz zostało nam tylko wypicie arbuza i dokończenie samogonu, ale to już jak dzieci pójdą spać. No i jak to co wieczór opowieści, wspomnienia, toasty, śmiechów nie było końca. Zgrana ekipa - okazało się.

Samogon tak namieszał, że nie pamiętam jak się znalazłem w namiocie. Ale za to poranek_ Ahhhh_ Ten poranek niezapomniany_ Nagle jak to bywa często po obfitym wieczorku zachciało mi się strasznie (_). Otworzyłem oczy i o dziwo ani głowa mnie nie bolała, dobrze się czułem, tylko to sikanie spokoju mi nie dawało. Jakoś się wygramoliłem ze śpiwora, zakładam sandały, odpinam zamek, a tu moim oczom ukazuje się widok nie z tej ziemi, niektórzy pewnie będą się śmiać, ale dla mnie - plastyka, malarza, grafika - było to coś pięknego. My po prostu spaliśmy nad chmurami, w całym tym zachwycie załatwiłem się spoglądając na wiszące u mych stóp chmurki. Zaraz myśl, że jak nie pstryknę fotki to mnie pokręci, lecę do namiotu i w pośpiechu wyciągam aparat nie budząc nikogo. To będzie tylko i wyłącznie moje - ten widok.

Po śniadanku jak codziennie: poranna toaleta, pakowanie tego wszystkiego cośmy narozpakowywali dzień wcześniej. Nawet składanie mojego namiotu zajmowało mi coraz mniej czasu (raz, dwa, ósemka, złożyć i do worka). Jak już będzie bliżej końca to dwie sekundy i po robocie. Jeszcze oględziny, czy nic nie cieknie, no to trzeba fotkę pstryknąć dla sponsora skoro tu jest tak pięknie.

Obieramy kolejny cel naszej podróży - Park Synewyr (kurczę, do tej pory nie wiem jak się to pisze). Zjeżdżamy do Filipca, aby nabyć potrzebne składniki do przeżycia, w międzyczasie jeszcze kanapki na wzmocnienie, kawka i takie tam przy barze. Oczywiście rozkładamy mapy i paluszkiem gdzie dokładnie jedziemy. Najpierw Majdan potem Wołowa, a na koniec park.

ukraiński slalom pomiędzy krowamiNa trasie zatrzymujemy się jeszcze na stacji, aby dotankować nivkę. Nie wiadomo czy dalej spotkamy CPN. W końcu to Park Narodowy, o czym, ku naszemu zdziwieniu, będziemy się mieli okazję przekonać w przyszłości. Trasa prowadzi asfaltówką w stylu ukraińskim, czyli ser szwajcarski. Ale to mało. Jak już wielokrotnie na tej wyprawie przekonaliśmy się, że trzeba na drodze uważać na krówki i koniki, które pasą się na asfalcie. Przez radio trwała dysputa, jak one trafiają do domu, przecież na horyzoncie nie widać żadnej zagrody, nie wspominając już jak ich właściciel szuka.

Po kilkudziesięciu km docieramy na miejsce, wielki parking, pełno samochodów, autokary, normalnie jak pod jasną chmurą 15 sierpnia. Znajdujemy miejsce, aby zaparkować nasze kioski i rodzynka. Tak naprawdę naszym celem były stare polskie schroniska, których później będziemy poszukiwać. Znajdujemy knajpkę, dzieci oczywiście jak to dzieci - wołają jeść. W przydrożnym barze, gdzie tłumy walą, zakupujemy piwko i ukraińskie hot-dogi i jakoś próbujemy odnaleźć się w tym tłumie. Szybka konsumpcja zakupionych specjałów, a tu ku naszemu zdziwieniu ukazuje się widok - kolejna krowa, tym razem pasie się na śmietniku. Ale folklor! Na koniec powala nas jadąca Łada niva - ale jaka - orurowany pick-up. Po tych krowich wizualnych doznaniach ruszamy w dalszą drogę na Synewirską polanę.